Dogadaj się z tubylcem. Gwara miejska z różnych stron Polski

autor i źródło: Michał Leszczyński
Udostępnij Tweetnij Wykop

Podróżując po Polsce nieraz możemy podrapać się po głowie i pomyśleć: o co temu człowiekowi chodzi? Gwara miejska sprzyja zabawnym pomyłkom, za to wspaniale wpisuje się w koloryt naszych miast. I w każdym regionie Polski ma swoją własną, niepowtarzalną historię.

Tej, spóźnisz się na bimbę!
Ponad 30 lat temu mieszkańcy stolicy Wielkopolski uwielbiali audycję "Blubry Starego Marycha" nadawaną na częstotliwościach Polskiego Radia. Gwara poznańska wypowiadana głosem aktora Mariana Pogasza była tak wyborna, że wielu słuchaczy sądziło, że Stary Marych jest postacią autentyczną. Doczekał się on zresztą swojego pomnika na ul. Półwiejskiej.

W rzeczywistości gwara poznańska ma historię znacznie dłuższą. Bardzo duży wpływ na słownictwo dawnych i dzisiejszych mieszkańców Wielkopolski miał język niemiecki, wszak przez ponad 100 lat Poznań był częścią zaboru pruskiego. Stąd na przykład określenie na okulary (bryle – niem. die Brille), czy nalewanie czegoś (gichnąć – niem. gießen). Idąc jednak tym tropem napotkamy kilka pułapek. Przeciąg w domu na przykład to po poznańsku cug, a der Zug oznacza niemiecki pociąg.

Poznaniak nie jedzie do pracy tramwajem, lecz bimbą. W tytce (siatce) trzyma wuchtę (wiele) sznek z glancem (drożdżówek z lukrem), za które zapłacił bejmami (pieniędzmi). Jeśli będzie chłodno, Poznaniak założy mantel (płaszcz) i wyjdzie na spacer z kejtrem (psem). Po domu mieszkaniec Wielkopolski chodzi w laczkach (kapciach), które zapewne lajsnął (sprawił) sobie na jeżyckim targu. Pięknym poznańskim słowem jest "dynks" – w praktyce może bowiem oznaczać… wszystko.

Hanys je nudle
Dużo zapożyczeń z języka niemieckiego znajdziemy również na Górnym Śląsku. Gwara mieszkańców Katowic i okolic jest na tyle złożona i wyjątkowa, że wiele osób uważa tamtejszy dialekt (ślůnsko godka) za osobny język! Bez wątpienia zrobiły tu swoje stulecia wpływów kultury polskiej, czeskiej i niemieckiej, na które Śląsk był wystawiony z racji swego położenia.

I tak wóz strażacki to dla Ślązaka fojerwera (niem. der Feuerwehrwagen), ale już słowo łogiń (ogień), ma pochodzenie polskie. Malyrz to oczywiście malarz, natomiast popularnego na Śląsku górnika określa się mianem hajera. Huta na Śląsku oznacza kapelusz. Ćma to ciemność, bo owada nazywa się w okolicach Katowic motą. Moplik nie ma nic wspólnego z mopem kuchennym, to motorower albo skuter. Nieco łatwiej jest w śląskiej kuchni, bo nudle to makaron, a wałek do ciasta – nudelkula. Przyznajmy, chyba w żadnej innej gwarze nie można się tak pogubić!

Choć gorol kojarzy nam się z góralem, w rzeczywistości dla hanysa (ślązaka) może nim się okazać każda osoba nie pochodząca ze Śląska. Określenie hanys pochodzi od niemieckiego imienia Hans. Początkowo miało być dla Ślązaków obraźliwe, jednak z czasem przyswoili je oni sobie, jak wiele innych słów. Stało się dla nich nawet powodem do dumy.

Gramy w trambambulę
Nieco inne korzenie ma gwara łódzka, w której znajdziemy wiele naleciałości z języka ludowego. Łódź przez setki lat była miasteczkiem małym i dopiero rewolucja przemysłowa w XIX wieku spowodowała jego gwałtowny rozwój. Powstające jak grzyby po deszczu fabryki potrzebowały rąk do pracy, stąd do metropolii zaczęli napływać mieszkańcy okolicznych wsi. Kontakt ich języka ze specjalistycznym językiem przemysłowym dał wiele zabawnych, ale i inspirujących efektów, tzw. "łodzianizmów".

Jeśli w Łodzi coś jest siajowe, oznacza to, że napotkaliśmy na towar niskiej jakości. Określenie to wzięło początek od wyrobów z fabryki Szaji Rosenblatta, który stawiał w produkcji raczej na ilość niż jakość (jak zresztą wielu współczesnych mu przemysłowców). Jeśli zaś coś albo ktoś wygląda ładnie, dla Łodzianina jest galanty. Bardzo zabawnie brzmi określenie chęchy, pod którym mieszkańcy Łodzi rozumieją krzaki. Z kolei słowo chechłać oznacza dla nich krojenie czegoś niedbale tępym nożem, a chachmęcić – kombinować bez umiaru.

Farfocle to kawałki warzyw pływające w zupie. Może nią być popularna w regionie zalewajka. Choć w Łodzi grają dwie utytułowane drużyny piłkarskie, konia z rządem temu, kto wytłumaczy dlaczego popularna gra "w piłkarzyki" określana jest tam mianem trambambuli. Nieco łatwiej osobie spoza miasta zrozumieć nazwę łódzkiego biletu miesięcznego (migawka) albo domów rodzinnych (famuły). Pozostałością po przemysłowej historii regionu jest nazywanie tkaniny po prostu mianem towaru.

Gwara warszawska
Podobnie jak Łódź, także stolica Polski miała w swojej historii okres gwałtownego rozwoju. W ciągu samego tylko XVIII wieku liczba ludności Warszawy zwiększyła się prawie trzykrotnie, a później powoli urosła do rozmiarów jednej z największych metropolii regionu. Napływająca z Mazowsza ludność napotkała tu liczne języki – np. niemiecki, francuski czy rosyjski – typowe dla kosmopolitycznej stolicy. Efektem tego była mi.in. znane w całym kraju słówka z charakterystycznymi końcówkami -kie i -gie zamiast -kę i -gę. Prawdziwą kopalnią warszawskiej gwary były przedwojenne polskie filmy, a wśród bardziej współczesnych nam przykładów – kwiecista mowa Hanki Bielickiej.

Dzięki kinu właśnie, niektóre warszawskie określenia stały się znane w całej Polsce. To mieszkańcy stolicy ukuli takie określenia jak absztyfikant (adorator) czy bajer (tania reklama). Warszawiacy wymieniali waluty u ulicznych cinkciarzy, stare graty zaś określali mianem barachła. Na nosie często noszą patrzałki (okulary), na uroczyste okazje zakładają gajer (garnitur). To właśnie warszawiakom kontrolerzy biletów zawdzięczają miano kanarów. Również trzymanie z kimś sztamy albo szamanie (jedzenie) ma swoje korzenie nad Wisłą.

Obecnie jednak Warszawa coraz bardziej znana jest nie z gwary lecz z neologizmów. Kultura międzynarodowy korporacji przyniosła nam liczne dedlajny, kejsy i brify, bez znajomości których możemy mieć w pracy nie lada kłopoty. Może więc na naszych oczach powstaje w ten sposób nowoczesna warszawska gwara?

Udostępnij Tweetnij Wykop
Przeczytaj także