Gastrozwiedzanie. Co zobaczyć we Wrocławiu i Krakowie, a przy okazji dobrze zjeść

autor i źródło: Agata Oleksiak
Udostępnij Tweetnij Wykop

Każdy turysta wie, że nic tak nie zaostrzy apetytu, jak kilka godzin zwiedzania. Niezależnie od tego, czy odwiedzamy każdą atrakcję po kolei, czy wolimy niezobowiązujący spacer i wczuwanie się w klimat miejsca - zjeść trzeba. Dlatego we Wrocławiu warto zaprząc do pomocy krasnale, a w Krakowie zaczarowane gołębie i czarownika Krzysztofa.

Zarówno w Krakowie, jak i we Wrocławiu działa kilkaset restauracji, karczm, bistro, czy knajpek. Barów, fast-foodów i budek z jedzeniem nawet nie da się zliczyć.
Oba miasta mogą się też poszczycić tradycją kulinarną: nie tylko swoją, ale całego regionu, który reprezentują. Kraków nierozerwalnie wiąże się z bajglami, obwarzankami, kiełbasą krakowską czy pierogami świętego Jacka. Z kolei Wrocław to pierogi, żur, karpie z dolnośląskich stawów i śląskie wino. Jak wybrać najlepsze miejsce na posiłek w przerwie od oglądania miasta? Inspirację pomoże znaleźć nasz subiektywny przewodnik.

Wrocław z krasnalami
Na pomoc w szukaniu kulinarnej trasy zwiedzania stolicy Dolnego Śląska wezwaliśmy wrocławskie krasnale. Nie bez przyczyny jednym z najbardziej znanych z nich jest Obieżysmak. I to właśnie tu możemy rozpocząć zwiedzanie, bo krasnal rozłożył się na rynku. Rozłożył to dobre określenie: objedzony leży na wznak na wielkim, pustym talerzu. Legenda mówi, że objechał cały świat i spróbował wszystkich możliwych dań, zanim zdecydował się osiąść właśnie we Wrocławiu, nieopodal pizzerii. Inna legenda mówi: pogłaszcz Obieżysmaka po brzuchu, a przyniesie ci szczęście… Pewnie dlatego jego brzuch tak lśni!

Od Obieżysmaka niedaleko mamy do Rogalika. To coś dla fanów pieczywa, bo stoi tuż obok piekarni i pogryza słodkie wypieki. Idziemy dalej, aż na Kuźniczej 10 natkniemy się na Pierożka. Jego imię mówi samo za siebie. Wieść niesie, że szczególnie lubi ruskie pierogi. Takie tłusto okraszone, z cebulką. Podobno właśnie takich trzeba spróbować na Dolnym Śląsku. Najedzeni? Dobrze. No to pora na deser. Na ul. Wita Stwosza rezydują Ciastek i Amorinek - wielbiciele ciast, ciasteczek i innych smakołyków. A może lody? Nie ma problemu. Wystarczy się przejść do Sukiennic, gdzie rezyduje Bartonik. Na koniec wycieczki można udać się na Paprotną 4 do Piwowara, wrócić na Wita Stwosza do Piwosza albo zamknąć pętlę i wrócić na Rynek - do Bawarki. Chyba nie trzeba tłumaczyć, co polecają…

Legendarny Kraków
Zwiedzanie Krakowa najlepiej zacząć od Rynku Głównego. To właśnie tutaj rezydują gołębie. To jeden z symboli Grodu Kraka. Jeśli wierzyć legendzie, gołębie na Rynku nie są zwykłymi gołębiami. Są zaczarowane. Jeden z krakowskich książąt chciał zjednoczyć wszystkie okoliczne ziemie. Nie miał jednak na to pieniędzy. Wtedy jego woje zostali zamienieni w gołębie. Ptaki dziobały kamyki z muru kościoła Mariackiego, które spadając na ziemię zmieniły się w monety. Książę jednak okazał się niegodny takich dziwów - przepuścił cały majątek i nigdy już nie wrócił do Krakowa. Krakowski Rynek pełen jest restauracji i kawiarnianych ogródków, z których można obserwować gołębie czekające na swojego księcia, który je odczaruje...

Kiedy wysłuchamy hejnału, nakarmimy gołębie i znudzi się nam spacer po Rynku, przejdźmy się w kierunku ulicy Szczepańskiej. Stoi tam Pałac Krzysztofory, w którym dziś mieści się muzeum historyczne. Wieść niesie, że w plątaninie korytarzy i piwnic pod pałacem czarownik Krzysztof przechowywał nieprzebrane skarby. W podziemiach miał też mieszkać prawdziwy diabeł! Widziała go tylko kucharka, która zapędziła się do piwnicy za kogutem. Diabeł miał jej obiecać, że jeśli kobieta wróci do pałacu nie oglądając się za siebie, da jej skarby. Nic z tego nie wyszło, bo oczywiście nie oparła się pokusie i musiała zerknąć przez ramię. Nie było więc ani skarbów, ani rosołu. My jednak możemy się nim uraczyć w którejś z okolicznych knajpek.

Opuszczając Stare Miasto skierujmy kroki na Kazimierz - obowiązkowy punkt zwiedzania Krakowa. Dawna dzielnica żydowska również ma swoją legendę. Na placu na ul. Szerokiej bogaty Żyd miał urządzić wesele córki mimo sprzeciwu rabina. Zabawa była tak znakomita, że przeciągnęła się na szabas, czas modlitwy. Wszyscy weselnicy zmarli jeszcze tej samej nocy… Podobno ich szepty do dziś słychać w okolicy synagogi. Kto wie, jeśli zakończymy dzień zwiedzania w którejś z okolicznych knajpek przy kieliszku wina, to może ich usłyszymy.

Sprawdź hotele w Krakowie

Udostępnij Tweetnij Wykop
Przeczytaj także