Tylko mieszkańcy wiedzą. Tajemnice polskich miast

autor i źródło: Michał Leszczyński
Udostępnij Tweetnij Wykop

O co im chodzi? Czasami drapiemy się po głowie z niedowierzaniem, słuchając mieszkańców polskich miast. W każdym z nich bowiem znajdziemy miejsca i nazwy, których nie zrozumie nikt poza miejscowymi. Oto tylko kilka przykładów.

Co ma Łódź wspólnego ze śledziami?
Pomimo swojej nazwy trzecie co do wielkości miasto w Polsce nie ma wiele wspólnego z morzem. Nawet jego nazwa, której geneza ginie w pomrokach dziejów, najprawdopodobniej nie pochodzi od łódki widocznej w herbie. A jednak mieszkańcy Łodzi z uporem nazywają Park Staromiejski położony pomiędzy ulicami Zachodnią i Franciszkańską "Parkiem Śledzia". Skąd ta nazwa?
Okazuje się, że przed II Wojną Światową stały tutaj budynki, które następnie wyburzyli okupanci, aby stworzyć bufor między gettem a resztą miasta. Jednym z charakterystycznych punktów owego zniszczonego osiedla był targ rybny. Po wojnie powstał na tym terenie park, lecz "rybna" nazwa pozostała w pamięci mieszkańców.

Wroclawski most o mrocznej historii
Czas na opowieść z dreszczykiem. Wiszący Most Grunwaldzki nad Odrą jest jedną z wizytówek Wrocławia. Ten piękny obiekt już prawie od stu lat służy mieszkańcom miasta i wielokrotnie zmieniał nazwę – był już bowiem na przykład Mostem Cesarskim i Mostem Wolności. Ale wśród wrocławian od wielu lat znany jest jako "Most samobójcy". Dlaczego?
Ponoć jego architekt, Richard Pluddemann, niedługo przed zakończeniem budowy obiektu odkrył błąd w swoich obliczeniach. Oznaczało to, że most nie będzie nadawał się do użytku – potencjalny blamaż tak załamał architekta, że postanowił on skończyć ze sobą. W rzeczywistości cała historia jest typową plotką – Pluddemann faktycznie zmarł przed otwarciem swojego ostatniego dzieła, jednak powodem zgonu były problemy zdrowotne, nie zaś targnięcie się na własne życie. Cóż, nie po raz pierwszy ciekawa historia wypiera w ludzkiej świadomości przyziemną prawdę…

Podróżowanie po Poznaniu to pestka?
Stolica Wielkopolski nie ma swojej linii metra, posiada za to Poznański Szybki Tramwaj (w skrócie PST), zwany przez mieszkańców pieszczotliwie "pestką". Bez tej liczącej ponad 8 km bezkolizyjnej trasy tramwajowej trudno sobie dzisiaj wyobrazić podróżowanie po Poznaniu. Wystarczy zauważyć, że remont każdego odcinka "pestki" jest momentalnie odczuwalny w całym mieście.
Historia powstawania PST była długa i burzliwa. Pierwsze projekty powstały już w latach 20. XX wieku, jednak na właściwy początek budowy "pestki" trzeba było czekać aż 50 lat. Był to jednak dopiero początek problemów. Prace nad PST odsuwano wciąż w czasie – trasę oddano wreszcie do użytku w 1997 r. Wielu mieszkańców Poznania twierdzi, że gdyby nie pomoc premier Hanny Suchockiej, rodowitej Wielkopolanki i absolwentki poznańskiego uniwersytetu, budowa "pestki" zapewne trwałaby do dziś.

Wszyscy warszawiacy na jednej patelni?
Poznaniacy i Wrocławianie uwielbiają umawiać się "pod pręgierzem", ale dla Warszawiaków popularnym miejscem spotkań jest tzw. patelnia. Tak właśnie nazywają plac znajdujący się przed południowymi wyjściami ze stacji metra Centrum. Tajemnica nazwy kryje się nie tylko w wyglądzie placu – otoczonym przez zadaszone wyjścia z metra oraz pokryte muralami mury. Wystarczy przejść się tam latem, by w prażącym upale zrozumieć znaczenie słowa "patelnia"…
Co ciekawe, od początku swojego istnienia w 1998 r. plac miał być obiektem tymczasowym. Do mieszkańców Warszawy co rusz docierają informacje na temat różnych pomysłów na zagospodarowanie "patelni". Oni jednak nic sobie z nich nie robią, czyniąc z placu miejsce spotkań, handlu i happeningów. Nie po raz pierwszy przecież tzw. rozwiązanie tymczasowe okazuje się niezwykle długotrwałe. Spójrzmy chociażby na wieżę Eiffla!

Szkieletor z Krakowa
Wielu z nas w dzieciństwie zapewne oglądało serial animowany z bohaterskim He-Manem w roli głównej. Z tym większym zaskoczeniem zapewne dowiemy się, że czarny charakter serii ma swoją siedzibę w Grodzie Kraka. No dobrze, koloryzujemy nieco. Pod nazwą "Szkieletora" bowiem krakowiacy przez wiele lat znali niedokończony wieżowiec nieopodal ronda Mogilskiego. Budowę wysokościowca rozpoczęta jeszcze w epoce Gierka, w 1975 r. Później jednak zabrakło pieniędzy i przez ponad 40 lat budynek straszył mieszkańców jedynie swoim szkieletem.
Na szczęście kilka lat temu znalazł się inwestor, który zdecydował o dokończeniu budowy obiektu. Biurowiec Unity Tower ma zostać ukończony w 2019 r. Ale tak długo funkcjonującej nazwy budynek zapewne nie pozbędzie się wśród mieszkańców Krakowa przez następne 40 lat.

Udostępnij Tweetnij Wykop
Przeczytaj także